Nasze recenzje: Hanya Yanagihara, „Małe życie”

Nasze recenzje: Hanya Yanagihara, „Małe życie”

Wielokrotnie nagrodzona. Uplasowana na pierwszym miejscu wielu zestawień najlepszych powieści. Okrzyknięta literackim wydarzeniem roku 2015 – książka „Małe życie” ma na swoim koncie wiele sukcesów, a jej autorka, Hanya Yanagihara, została nazwana najwybitniejszą pisarką amerykańską. Czy po lekturze tej powieści dołączymy do grona zachwyconych Czytelników?

Chociaż tytuł książki sugeruje nam rzecz niewielką, mamy do czynienia z prawdziwie wielką – dosłownie (oraz według większości – także w przenośni) pozycją. Przebrnięcie przez 816 stron może zniechęcać tych, którzy boją się „przegadania” i monotematyczności. Jak się jednak okazuje, nie ma się czego bać. Ostatnie, co można bowiem o tej powieści powiedzieć to to, że jej wielkość męczy.

Razem przez prozę życia – opowieść o czwórce przyjaciół

„Małe życie” to opowieść, która toczy się w Nowym Jorku i dotyczy czworga przyjaciół. Prawnik Jude, aktor Willem, malarz JB oraz architekt Malcolm – całej trójce, choć w różnych natężeniach, będziemy towarzyszyć przez ponad 40 lat ich życia. Na pewnym etapie książka skupia się już na jednym bohaterze – Jude. Jest to jednocześnie najbardziej wciągająca i najtrudniejsza część powieści.

Trudno jednoznacznie napisać, czego dotyka tak książka. Jak w życiu – znajdziemy tutaj naprawdę wiele. Pytania o sens istnienia, zetknięcie ze szczęściem, smutkiem, rozczarowaniami, nadziejami, w końcu – z chorobą i śmiercią.

Yanagihara stworzyła bardzo dobry opis postaci – dla wielu napisane są one kunsztownie, co umożliwia pełne zrozumienie bohaterów i zbliżenie się do nich. Do tego stopnia, że wraz z ostatnimi stronami książki pojawia się uczucie straty. Trudno zaprzeczyć, że jest to wielkie osiągnięcie, mistrzostwo autorki.

Ogromna przestrzeń czasowa, w której umieszczono losy bohaterów sprawia też, że każdy Czytelnik ma szansę znaleźć tutaj coś dla siebie. Nie sposób jednak zaprzeczyć, że nie jest to książka z happy endem. To smutna proza życia, a ten, kto szuka treści dotykających „do żywego”, z pewnością je tutaj znajdzie.

Lektura ta zostawia nas z poruszającym wnioskiem – ludzie widzą nas zupełnie inaczej, niż sami sądzimy. Działa to w dwie strony – nie jesteśmy odbierani jako tak pozytywni, jak myślimy ani krytykowani tak mocno, jak podejrzewamy. Inni w większym stopniu zwracają uwagę na to, w jak olbrzymim stopniu nasze dorosłe życie determinowane jest przez lata dzieciństwa. Biorąc pod uwagę doświadczenia bohaterów, nie są to przyjemne refleksje.

Poruszająca, wciągają, zmuszająca do refleksji – ale czy w pełni wiarygodna?

Idealnie byłoby móc skończyć w tym miejscu, ogłaszając werdykt: „wybitna”. Niestety, byłaby to opinia nieprawdziwa – bo „Małe życie”, choć porusza, wciąga i zmusza do refleksji, nie jest pozbawione wad.

Największym, a jednocześnie najpoważniejszym narzutem wobec powieści Yanagihary jest to, że książka jest zwyczajnie… nierealistyczna. Uderza niewiarygodna ilość nieszczęść, które padają na jednego człowieka – w niejednym Czytelniku wzbudza to podejrzenie, że w pewnym momencie nie chodzi już o napisanie dobrej książki, ale przyciągnięcie brutalnością. A ta, jak wiadomo, sprzedaje się zawsze.

Nierealistyczna jest przyjaźń – tak „kobieca”, tak wrażliwa, tak upiększona, że Czytelnikowi trudno byłoby znaleźć w swoim otoczeniu mężczyznę podobnego choćby w jednym procencie. A przecież to miał być obraz zwykłych ludzi.

Nierealistyczne jest niemal całkowite pominięcie kobiet w książce. Jeśli jednak już się pojawiają, to tylko w czarno-białej skali. Są albo rozczulająco dobre albo porażająco nikczemne i złe.

Powyższe sprawia, że „Małe życie” traci. I to właśnie sprawi, że prawdopodobnie – mimo szumnej otoczki, nie znajdzie się wśród książek pamiętanych przez całe życie. Niemniej z całą pewnością zwyczajnie warto po nią sięgnąć – być może nawet dołączymy do grona tych, którzy po tej lekturze długo nie mogą dojść do siebie. A to najlepsza recenzja książki w naszych własnych oczach.

Dodaj komentarz